Autor:
Rafał Kasprów
Data wydania:
2009.01.08
Gazeta:
Nowe Sprawy Polityczne

Nasze mity powszednie

Polską rządzi mitologia gospodarcza. Głęboko zakorzenione w świadomości poglądy, często sprzeczne z rzeczywistością i interesem ekonomicznym kraju, stanowią poważną blokadę dla modernizacji Polski. Politycy, media i autorytety publiczne żyją w świecie, którego już nie ma lub nigdy nie było. Ostatniego dnia kampanii wyborczej senator McCain na spotkaniu w New Hempshire, tak podsumował cele prezydenta USA w najbliższych latach: "Najważniejsze jest obecnie wybudowanie około 45 elektrowni atomowych, rozwój technologii czystego węgla i biopaliw". Choć zwyciężył Barak Obama, to już następnego dnia główny strateg kampanii nowego prezydenta na pytanie dziennikarza "Co dalej?" odpowiedział, że teraz trzeba zastanowić się, jak szybko przestawić kraj na czysty węgiel i atom. W Polsce modernizacja kraju w oparciu o tak wyznaczone cele napotkałaby mur nie do pokonania w postaci politycznych i ekonomicznych mitów. Powszechnie panująca mitologia energetyczna, telekomunikacyjna i infrastrukturalna zwalnia od myślenia i analizowania dynamicznie zachodzących zmian w gospodarce. Tymczasem to mity, czyli poglądy oparte na doświadczeniu i faktach o charakterze historyczno-emocjonalnym, a nie interes narodowy rządzą dzisiaj mechanizmami podejmowania najważniejszych decyzji w strategicznych sektorach gospodarki. Aby przerwać to błędne koło, trzeba uświadomić sobie, jak destrukcyjna jest siła powszechnie wyznawanych mitów politycznych i gospodarczych.

Mit 1.: Energetyka atomowa, czyli powtórka z Czarnobyla i uzależnienie się od Rosjan

Kilka tygodni temu delegacja z Finlandii prowadziła rozmowy na temat możliwości budowy elektrowni atomowej w Polsce. Finowie kończą obecnie budowę jednej z najnowocześniejszych elektrowni atomowych w Europie, opartej na zachodniej technologii, i mają doświadczoną kadrę specjalistów. Warto zwrócić uwagę na to, że obecnie Finowie mogą oferować swoje usługi innym krajom gdyż pozyskane doświadczenia i potencjał zawdzięczają... Polsce. Do dzisiaj pracuje u nich bowiem elektrownia atomowa wykorzystująca reaktor atomowy z polskiego Żarnowca. Dzięki temu, że Finowie nie ulegli antyatomowej histerii 20 lat temu, dzisiaj mogą zaoferować nam budowę reaktora i świetnych specjalistów. Pierwszym polityczno-gospodarczym mitem wykreowanym po 1989 r., którego siła spowodowała wstrzymanie na dziesięciolecia rozwoju ważnego obszaru cywilizacyjnego i ekoŹnomicznego Polski, była decyzja o zamknięciu prawie ukończonego projektu elektrowni atomowej w Żarnowcu. PaŹtrząc historycznie na mechanizmy wydania tej decyzji, można uznać, że stanowi ona pewnego rodzaju kamień założycielski pod wiele podobnych postaŹnowień, ukształtowanych na łatwych do wykreowania mitach przynoszących wiele doraźnych korzyści politycznych, ale katastrofalne skutki dla kraju.

Komisja Planowania przy Radzie Ministrów PRL ustaliła lokalizację elektrowni jądrowej we wsi Kartoszyno nad Jeziorem Żarnowieckim w grudniu 1972 r. W latach 1982-1990 na terenie zlikwidowanej wsi budowano pierwszą elektrownię jądrową w Polsce. W zamyśle elektrownia miała stanowić pierwszy krok w realizacji polskiego programu energetyki jądrowej. Program ten zakładał, że będą uruchomione elektrownie jądrowe: jedna w Żarnowcu (1860 MWe), druga w Klempiczu (4000 MWe) i trzecia (a właściwie dwa z czterech jej bloków) do końca ubiegłego stulecia (2000 MWe). Dałoby to w sumie 7860 MWe, co stanowiłoby wzrost zainstalowanej mocy elektrycznej w Polsce o 26 proc. Tak się jednak nie stało. Warto wrócić do tej sprawy sprzed dwóch dekad, żeby zrozumieć, jakie konsekwencje mają decyzje polityczne podejmowane przez elity rządzące. A przede wszystkim, jakie mechanizmy spowodowały, że Finlandia ma obecnie ilość energii pochodzącą z reaktorów atomowych zbliżoną do tej, jaką dwie dekady temu planowano zgromadzić w Polsce; Czesi mają nawet kilka procent więcej, a Francuzi aż 78 proc. (co umożliwia im forsowanie wprowadzenia limitów CO2). Jedynym krajem Europy, poza Białorusią, bez energetyki atomowej jest Polska. Warto podkreślić, że mimo iż skutki katastrofy w Czarnobylu były nie mniejsze w innych krajach regionu, to Polska jako jedyna praktycznie zniszczyła własną energetykę atomową.

Wszystko zmieniła katastrofa w Czarnobylu. Uruchomiła ona protesty przeciwko elektrowni atomowej inspirowane przez antykomunistyczną opozycję. Hasło zamknięcia Żarnowca było kolejnym dobrym argumentem za obaleniem systemu. Po blisko 20 latach można przyznać, że akcja zablokowania elektrowni nie miała żadnych racjonalnych podstaw i była działaniem czysto propagandowym, służącym jedynie osiągnięciu ówczesnych celów politycznych. Najbardziej aktywnymi członkami protestów były organizacje opozycyjno-ekologiczne: Gdańskie Forum Ekologiczne - które za jeden ze swoich głównych celów obrało niedopuszczenie do rozwoju energetyki jądrowej w Polsce i było głównym organizatorem trwających od 1988 r. publicznych akcji protestaŹcyjnych, oraz zrzeszający wielu znanych opozycjonistów Pacyfistyczny Ruch "Wolność i Pokój" - który stosował najostrzejsze formy protestu w postaci licznych akcji blokowania dróg oraz głodówki. Co ciekawe, uruchomione po awarii w Czarnobylu działania trudno było powstrzymać nowej władzy. Protesty nasiliły się jeszcze bardziej po 1989 r. W prowadzonej przez siebie kampanii propagandowej, przeciwnicy elektrowni niejednokrotnie posuwali się do demagogii: w rozpowszechnianych przez nich publikacjach można było przeczytać o tym, że w Żarnowcu ma zostać zainstalowany tego samego typu reaktor co w Czarnobylu, była też mowa o "głębinowych ruchach tektonicznych" mogących jakoby doprowadzić do zerwania wałów górnego zbiornika znajdującej się tam elektrowni szczytowo-pompowej i zalania elektrowni jądrowej, a także o nieuchronnym skażeniu radioaktywnym jeziora wynikającym z zastosowania otwartego układu chłodzenia. Wśród przeciwników budowy elektrowni znalazło się wiele powszechnie znanych osób, liderów opozycji. Czwartego września 1990 r. Rada Ministrów na podstawie rekomendacji ministra przemysłu Tadeusza Syryjczyka podjęła decyzję o zaniechaniu budowy Elektrowni Jądrowej Żarnowiec. Siedemnastego grudnia 1990 r. kierowany już wówczas przez Jana Krzysztofa Bieleckiego rząd podjął uchwałę w sprawie postawienia elektrowni w stan likwidacji.

Jakie były fakty? Elektrownia jądrowa w Czarnobylu wyposażona była w reaktory typu RBMK. Moderatorem w reaktorach tego typu jest grafit (palny przy wysokich temperaturach), dodatkowo w Czarnobylu nie było specjalnej obudowy bezpieczeństwa, mogącej zaŹtrzymać produkty radioaktywne w przypadku awarii. W Żarnowcu miały natomiast pracować reaktory typu WWER, wyposażone w specjalne obudowy bezpieczeństwa. W takich reaktoŹrach katastrofa podobna do tej w CzarŹnobylu nie mogłaby się wydarzyć. Od lat reaktory budowane są tak, by w razie awarii ich moc samoczynnie malała, a nie rosła, i by każdy reaktor był wyposażony w potężną i szczelną obudowę bezpieczeństwa. W Czarnobylu pracował reaktor RBMK, niezgodny z tymi zasadami. Natomiast w elektrowniach jądrowych budowanych przez kraje OECD zasady te spełniano, podobnie jak i w rosyjskich reaktorach WWER, które miały powstać w Elektrowni Jądrowej Żarnowiec w Polsce. Groźba poważnej awarii skutkującej skażeniem środowiska była minimalna dzięki kilkustopniowym systemom zabezpieczeń. Ponadto trzeba uzmysłowić krytykom, że brak własnej elektrowni jądrowej nie czynił Polski bardziej bezpiecznej, gdyż w najbliższym sąsiedztwie działa kilkadziesiąt reaktorów, tylko Czesi mają ich sześć, a Słowacy pięć. Z chwilą zamknięcia budowy tysiące drogich urządzeń przeznaczonych do montażu w elektrowni stało się bezużytecznymi. Większość z nich, w tym dwa z czterech reaktorów, złomowano. Jeden z reaktorów odkupiła od Polski za symboliczną kwotę elektrownia jądrowa położona w fińskim mieście Loviisa - gdzie działa on bezawaryjnie do dziś. Drugi reaktor trafił na Węgry. Czechosłowacja, Rumunia, Finlandia zdecydowały się na rozwój energetyki atomowej mimo podobnych konsekwencji awarii w Czarnobylu i zagrożeń związanych z używaniem technologii rosyjskich. W tamtych państwach zdecydowała prawdziwa racja stanu, u nas emocje i doraźne cele polityczne. Dzisiaj wszystkie te kraje przechodzą płynnie na technologie zachodnie.

Dwie osoby ściśle związane z atomistyką w Polsce wypowiedziały się na ten temat: "Parę osób zrobiło karierę na zaŹblokowaniu tej inwestycji. Wstrzymanie budowy było decyzją polityczną" - prof. Niewodniczański, prezes Państwowej Agencji Atomistyki; "Najwyższy też czas, aby rząd przyznał, że likwidacja Żarnowca była błędem" - prof. dr Andrzej Hrynkiewicz, Instytut Fizyki Jądrowej PAN w Krakowie. To jednak nieliczne głosy odnoszące się do konsekwencji decyzji sprzed blisko dwóch dekad. Na ironię zakrawa fakt, że po 1989 r. liderzy ruchu WiP stali się trzonem noŹwych służb specjalnych odpowiedzialnym za obronę... interesów ekonomicznych kraju. Te same metody, niby-rzetelne argumenty i polityczne wytrychy, jakie stosowano przy zablokowaniu Żarnowca, pojawiają się przez ostatnie 20 lat w nieomal każdej sytuacji, która blokuje szanse modernizacji kraju. Jeśli potraktować Żarnowiec jako case study, to widać, jak wiele innych przypadków kreowania mitów ma podobny przebieg: nośny temat, rzekoma walka z Rosją lub inne "interesy narodowe", doprowadzeŹnie do zamknięcia projektu, odtrąbienie sukcesu, brak refleksji nad konsekwencjami długofalowymi. Charakterystyczny jest wspólny mianownik: całkowite wyeliminowanie jako celu działań korzyści ekonomicznych dla państwa, niezbędnych dla rozwoju w świecie przełoŹmu tysiącleci, ale marginalnych w wewnętrznej walce politycznej.

Mit 2.: Walczymy o bezpieczeństwo energetyczne, czyli kupujemy z Rosji... węgiel

Chyba najbardziej zmitologizowanym obszarem w Polsce jest kwestia bezpieczeństwa energetycznego. Od lat szeregi polityków i publicystów prowadzą morderczą "walkę" o jego zapewnienie, wykrywają międzynarodowe knowania, niestrudzenie opierają się wrogom ze wschodu lub zachodu czyhającym właśnie na nasze kruche bezpieczeństwo energetyczne. Przy okazji liderzy tej walki robią kariery w polityce i mediach - tym łatwiej, im bardziej wszyscy prezentujący inne poglądy uzyskują status agentów obcych mocarstw lub zainteresowanych jedynie zyskiem biznesowych krwiopijców zdolnych do wszystkiego. Problem nie tkwi nawet w tym, że nie za bardzo widać jakiekolwiek ekonomiczne efekty owej "walki", ale że często są one dla interesu ekonomicznego kraju odwrotne od zamierzonych. Skala zmitologizowania tego obszaru jest niezwykła i dotyczy w zasadzie każdej dziedziny związanej z energetyką. Aby rozpocząć analizowanie tego problemu, należy przywołać jeden fakt, który może być wstrząsem dla wielu: Polska jest bowiem jednym z najbezpieczniejszych krajów Europy pod względem bezpieczeństwa energetycznego, a jedynym poważnym zagrożeniem w tej dziedzinie jesteśmy... my sami.

Na początek kilka faktów: 95 proc. energii wytwarzanej w Polsce pochodzi z węgla, który jest zakopany w ziemi i starczy nam go na dwa stulecia. Nikt nam go nie ukradnie, ani nie "zakręci kurka". Jedynym problemem jest to, że wydobycie węgla i energetyka węglowa jest potwornie niedoinwestowania zarówno w obszarze wydobycia, jak i technologii. Polska przez lata była szejkanatem węglowym, co zapewniało nam całkowite bezpieczeństwo i przychody z eksportu surowca. Dopiero w 2008 r. po raz pierwszy staliśmy się importerem węgla netto. Nikt nie czyhał na nasz węgiel, po prostu lata zaniedbań i upolitycznienia przemysłu doprowadziły do rozwarcia się nożyc pomiędzy poŹpytem gospodarki na energię a wydobyciem surowca i przerobem na energię. W kraju, który jeszcze niedawno wydobywał ponad 100 mln ton węgla, praktycznie nie istnieje żaden program inŹwestycyjny dla tego sektora, nie wspominając o rozwoju technologii "czystego węgla". Tymczasem pewne jest jedno - nie jest możliwa żadna modernizacja Polski bez modernizacji polskiego górnictwa i wytwarzania energii.

W porównaniu z nakładami sił i środków poświęconych innym surowcom energetycznym można czasami poŹmyśleć, że dla polityków i publicystów najważniejsza jest nie sprawa jak najlepszego wykorzystania naszego czarnego złota, ale walka o mityczne obszary wiejące grozą ze wschodu: gaz i ropę naftową. Dwa surowce niemające dla bezpieczeństwa energetycznego państwa praktycznie żadnego znaczenia (nie mamy ani jednej elektrowni czy elektrociepłowni na gaz lub ropę), ale wyniesione na forum publiczne jako przedmiot skomplikowanej geopolitycznej gry uprawianej w naszym interesie przez niezłomnych polityków. Tymczasem stała się rzecz naprawdę istotna. Rozpoczęło się uzależnianie naszej energetyki od rosyjskiego węgla, którego import wyniesie blisko 10 mln ton już w tym roku. W cieniu walki o gaz i ropę strzeliliśmy sobie bramkę samobójczą.

Bliższe przyjrzenie się tym obszarom pokazuje zresztą absurdalność prowadzonej "wojny" o bezpieczeństwo energetyczne. Już od połowy lat 70. istnieje pełna możliwość dostaw ropy naftowej z dowolnego kierunku świata przez Naftoport, który jest w stanie przeładować dwukrotnie więcej surowca niż potrzeŹbujemy. Polskie rafinerie zaś kontroloŹwane przez skarb państwa mogą przerobić tyle ropy, że zaspokajają potrzeby rynku wewnętrznego, na dodatek wbrew rozpowszechnianej opinii mogą przerobić każdą ropę - nie tylko rosyjŹską mieszankę REBCO. Oczywiście w każdej chwili może nastąpić przerwanie dostaw rurociągiem Przyjaźń z powodów politycznych. Nikt przy zdrowych zmysłach nie kwestionuje zagrożenia wynikającego z rządów obecnej ekipy na Kremlu. Niewielu polityków straszących taką wizją wie jednak, że rafinerie zabezpieczały się, wpisując w umowy z dostawcami warunek dostaw surowca z morza (na wypadek gdy nie będą możliwe rurociągiem) oraz nie-odwoływalne zabezpieczenie finansowe typu performance bond. Technicznie bowiem zakręcenie kurka z ropą nie jest problemem powodującym zagrożenie bezpieczeństwa, a jedynie pogorszenie warunków ekonomicznych dostaw. Jeśli takich zapisów w umowach z niektórymi dostawcami nie ma, to już tylko wina rafinerii. Politycy rozkręcający od czasu do czasu wizję zagrożenia przerwaniem dostaw ropy znajdują się czasami w sytuacji jak jeden z wiceministrów rządu PiS, który w styczniu 2007 r., kiedy Białorusini na dwa dni odcięli dostawy, informował opinię publiczną, iż sytuacja jest pod kontrolą, gdyż "wpływają już do Nafto-portu tankowce z ropą" dla naszych raŹfinerii. Tankowce wpływały, tylko, że... puste. Po ropę, a nie z ropą. Od 2003 r. via gdański Naftoport wysyłano tranzyŹtem do Chin, na czym zarabiał PERN i port. Niezrozumienie sytuacji spowodowało nie tylko kreowanie fikcyjnego zagrożenia, ale w konsekwencji doprowaŹdziło do zaprzestania tranzytu surowca i pozbawienie polskiej gospodarki korzyści z tranzytu. Najciekawszym elementem mitu dotyczącego tego segmentu gospodarki jest to, że w połowie 2008 r. wskutek spadających cen pojawiła się możliwość importowania ropy naftowej z innych niż Rosja kierunków bez straty dla polskich rafinerii. Innymi słowy, kiedy od dawna oczekiwana dywersyfikacja geograficzna jest wreszcie możliwa, to zamiast niej mamy rozmoŹwy ministra gospodarki z państwowymi Gazpromem i Rosnieftem.

W zakresie gazu ziemnego sytuacja jest poważniejsza niż w pozostałych zmitologizowanych obszarach. Ale i odŹnośnie do tego segmentu rynku warto powiedzieć choć tyle, że jeśli któregoś dnia zostanie zakręcony kurek przez Rosjan, to nie zgaśnie z tego powodu żadna żarówka, co najwyżej trudno będzie ugotować zupę lub ogrzać dom (i to jeśli ktoś ma gaz sieciowy, a nie popuŹlarny zbiornik LPG). Udokumentowane zasoby własne gazu wynoszą dziesięciokrotność rocznego zapotrzebowania Warto w tym miejscu dodać, że suroŹwiec ten ma w Polsce główne znaczenie dla zakładów wielkiej syntezy chemiczŹnej, które zużywają ponad połowę zapoŹtrzebowania rynku. Zakłady te są jednak zainteresowane głównie pozyskaŹniem taniego surowca, co w polskich warunkach oznacza gaz wydobywany z polskich złóż. Dlaczego tak się jednak nie dzieje? Od lat zamiast inwestować w zwiększenie wydobycia własnego i liberalizację rynku większość polityków i menedżerów skarbu państwa realizuje jakieś mityczne strategiczne projekty, nigdy nie doprowadzając ich do końca. Można odnieść wrażenie, że nie o to bowiem chodzi, aby bezpieczeństwo zapewnić, tylko żeby o nie walczyć.

Jaki to wszystko ma wpływ na modernizację kraju? Zamiast maksymalizować wolumeny przesyłu surowców energetycznych przez Polskę i z pozyskanych środków modernizować infrastrukturę, mamy do czynienia z decyzjami, które torpedują kolejne projekty takie jak wstrzymanie przesyłu ropy przez gdański Naftoport czy zaniechanie budowy drugiej nitki Jamału. W przypadku rynku gazu zamiast poszukiwać inwestorów lub promować wydobycie własne przez państwowego monopolistę, mamy całkowicie zamknięty rynek. Na takim rynku decyzje podejmują politycy, a nie ekonomia, a ci wolą inwestować w kolejne projekty geopolityczne i "turystykę dywersyfikacyjną". Jeśli coś może pomóc w modernizacji kraju, to odrzucenie wygodnych, politycznych mitów o czyhających zagrożeniach i zwiększenie inwestycji w wydobycie i przesył surowców, aby korzystać z ich niskiej ceny dla naszego przemysłu oraz maksymalizować wpływy z tranzytu.

Mit 3.: Uwolnić rynek od monopolu, czyli populizm regulacyjny

Telekomunikacja Polska była monopolem, który zagrażał rynkowi telekomunikacyjneŹmu w Polsce. Dominująca siłą TP przez lata blokowała rozwój konkurencji i obniżanie kosztów usług dla społeczeństwa. Prywatyzacja TP była przeprowadzona w sposób niejasny, jej beneficjentem był układ polityczny, a wiele wskazuje na to, że rząd sprzedał udziały w firmie wraz z gwarancją zablokowania liberalizacji rynku na kilka lat. Obsługa klienta była rodem z epoki filmowego "Misia". Taka analiza dotycząca TP była, w mojej ocenie, trafna. Była, kilka lat temu. W ciągu tych lat wiele osób podjęło walkę z monopolem, w tym również autor tego artykułu, poprzez: wprowaŹdzanie na polski rynek konkurencyjnych podmiotów i nowych technologii, dążenie do liberalizacji rynku, wprowadzenie prawa umożliwiającego wolną konkurencję w obszarze telekomunikaŹcji zarówno międzynarodowej, międzyŹmiastowej, jak i lokalnej. Niezwykle szybki rozwój technologii zresztą wyprzedził jakiekolwiek inne starania. Sukces operatorów sieci GSM spowodoŹwał, że w zasadzie już dzisiaj telekomuŹnikacja wielu ludziom nie kojarzy się z popularną tepsą, ale operatorem komórkowym, z którego usług korzystają od lat. Każdy, kto ma rodzinę za granicą, używa darmowych połączeń Skype'a często z transmisją wideo. Dostawcy teŹlewizji kablowej okazali się być potężnym rywalem, który z popularnego lokalnego "kablarza" przekształcił się w dostawcę usług triple play, czyli telewizji, telefonu i internetu. Na rynku pojawiły się już wiele lat temu konkurencyjne firmy operujące w zakresie telefonii stacjonarnej i internetu. To wszystko spowodowało, że trafne analizy sprzed kilku lat dzisiaj prowadzą do mylnych wniosków i błędnych decyzji. Przez lata politycy bezczynnie przyglądali się monopolowi, gdy był on państwowy. Kiedy jednak rynek sam zaczął podważać jego pozycję, a dawny monopolista stał się firmą jakich wiele, politycy dostrzegli narzędzie wpływu na prywatny już biznes w postaci regulacji prowadzonej przez państwowego urzędnika. Odgórne nakazy, zakazy i uznaniowe decyzje podejmowane są przez regulatora rynku często, jak sama o sobie zwykła mówić szefowa urzędu regulacji, w oparciu o "intuicję". Trudno o lepszy przykład tego, jak biurokracja może ingerować w wolny rynek, utrudniając w rzeczywistości konkurencję i rozwój gospodarczy. Nawet w sytuacji, w której każdy jest w stanie wymienić co najmniej kilka dużych firm na rynku telekomunikacyjnym, okazuje się, że wciąż dominuje mit wszechwładnego monopolisty. Oparta na prostym modelu złej firmy i dobrego regulatora, powstała przestrzeń do praktycznie nieograniczonych działań dla państwowego urzędnika. Siła mitu politycznego pozwala na bezkarność i nieliczenie się z konsekwencjami ekonomicznymi uprawianego populizmu regulacyjnego. Tak jak w poprzednich przykładach mit telekomunikacyjny jest niezwykle atrakcyjny dla mediów, które zawsze chętnie podejmą temat dzielnego urzędnika walczącego ze złym smokiem. Utrzymywanie takiego mitu jest również wygodne dla polityków, ponieważ zwalnia ich z odpowiedzialności za ten sektor gospodarki. Jakie to ma znaczenie dla modernizacji Polski? Telekomunikacja jest jednym z najważniejszych obszarów postępu cywilizacyjnego. W obecnej sytuacji ekonomicznej Polski celem działań regulacyjnych powinna być maksymalizacja inwestycji w infrastrukturę, a nie populistyczne dążenie do regulowania cen na rynku za pomocą uznaniowych decyzji. W sytuacji, w której działalność regulatora wymierzona jest głównie w jednego przeciwnika, a celem regulacji jest przeważnie kontrolowanie cen i usług, praktycznie nie ma potrzeby inwestowania w infrastrukturę. Dane dotyczące Polski są zatrważające, jeśli zrozumie się, że dzięki takiej regulacji największy konkurent w zakresie telefonii stacjonarnej zainwestował głównie w marketing i reklamę. Regulator rynku nie reaguje, kiedy w telewizyjnych reklamach niezależnego operatora pokazywany jest kabel internetowy przemierzający morze i ląd, aby dotrzeć pod strzechy. Problem polega na tym, że ów kabel (czyli inwestycja w infraŹstrukturę) istnieje tylko w telewizyjnej reklamie. W rzeczywistości dzisiaj nikomu nie opłaca się inwestować w rozwój infrastruktury i właśnie podłączanie owego kabla do klienta. Skandaliczne są zachowania operatorów, którzy potenŹcjalnym klientom nieposiadającym w domu gniazdka telefonicznego radzą, by zgłosili się do TP z prośbą o podłączenie do sieci. Dopiero wtedy możliwe jest podpisanie z nimi umowy. Stać ich na oferowanie tańszych usług właśnie dzięki uznaniowemu ustanoŹwieniu cen przez regulatora. Prowadzi to jednak nieuchronnie do zamierania jakichkolwiek inwestycji w sektorze. Nikt nie przerwie błędnego koła populizmu regulacyjnego, gdyż musiałoby to oznaczać zderzenie się z mitem politycznym, jaki utkwił w świadomości decydentów.

Mit 4.: Układ i oligarchowie, czyli jak osłabić gospodarkę

Czy "układ" i "oligarchowie" też są tylko mitem politycznym? Podobnie jak w poprzednich wypadkach odpowiedź musi zawierać się w jakimś okresie czasu, gdyż tak to jest na tym świecie, że rzeczywistość gospodarcza jest dynamiczna. Sieć nieformalnych powiązań polityczno-biznesowych zdominowała życie gospodarcze w Polsce praktycznie przez całe lata 90. Polscy oligarchowie przez blisko dekadę posiadali potężne wpływy dające im przewagę nad "rynkowym" bizneŹsem. W tym sensie analizy polityczne niektórych dziennikarzy i polityków związanych przeważnie z prawicą wskazujące na istnienie "układu" i władzę "oligarchów" były trafne, mimo że nieŹchętnie przyjmowane na warszawskich salonach. W latach 90. zbyt blisko obŹserwowałem jako dziennikarz relacje oligarchów z polityką, aby nie dostrzec tego, że wiele państwowych kontrakŹtów, licencji, prywatyzacji było możliwych jedynie dzięki praktycznemu wykorzystaniu układu. Lata 90. cechowało kilka czynników: praktycznie jedyny kapitał łatwy do pozyskania był kapitałem państwowym lub spółek skarbu państwa, na rynku kapitałowym było zaledwie kilkanaście firm funkcjonujących jako podmioty czysto prywatne, ośrodek decyzyjny w sprawach gospoŹdarczych był jednoznacznie w rękach politycznych. Jednak życie gospodarcze jest znaczne bardziej dynamiczne niż polityczne, a dekada potrafi zmienić w nim wiele. Taki jest właśnie przykład Polski. Dzięki uruchomieniu funduszy emerytalnych i efektowi reform gospoŹdarczych na początku XXI w. analizy lat 90. szybko przestały być aktualne. Kiedy część klasy polityczno-medialnej rozpoczynała wojnę przeciwko układoŹwi i oligarchom, ich wpływ na życie gospodarcze był praktycznie znikomy. Warto zauważyć, że na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych jest notowanych 350 firm, z czego związanych z oligarchami w jakikolwiek sposób, zaledwie kilka. Od co najmniej pięciu lat rynek nie potrzebuje poparcia oligarchów, a układ z lat 90. jest dzisiaj jednym z kilku ważnych układów rządzących polską gospodarką. W momencie rozpoczynania wojny z oligarchami i ich układem, Polską rządził już zupełnie inny układ związany z rynkiem kapitałowym i nieznający litości dla "starych" liderów. Najlepszym przykładem jest to, że żadne wpływy polityczne nie były w stanie powstrzymać upadku fortun miliarderów z listy najbogatszych. Warto dodać, że większość z nich po dekadzie akumulacji kapitału lat 90. nie poszła wzorem rosyjskich oligarchów w kierunku kupowania drużyn futbolowych w Anglii, lecz uruchomiła realne firmy, często stanowiące jedyny polski podmiot zdolny do konkurencji na międzynarodowym rynku w swojej branży. Wskutek gwałtownie zachodzących procesów gospodarczych rozpoczęcie przez PiS "wojny z układem" miało miejsce w czasie, kiedy on sam przeszedł ewolucję, a jego siła była zaledwie ułamkiem współczesnego życia gospodarczego. W tym sensie wojna z układem była wojną z mitem politycznym wykreowanym i istniejącym w latach 90., ale w połowie pierwszej dekady XXI w. praktycznie pozbawionym realnej władzy nad gospodarką Polski.